Autostopem przez turecki Kurdystan

Artykuły

  • Tekst: Marta Burza

  • Data publikacji:
    • Poznaj autora

      Indolog, Turkolog i absolwentka Podyplomowych Studiów Pomocy Humanitarnej. Latem jako pilot wycieczek zaraża dobrą energią i miłością do Italii. W wolnych chwilach włóczy się po świecie, jeździ autostopem i słucha historii, które później amatorsko opisuje.

Po lewej stronie znak „kierunek na Iran”, bo do granicy jest tylko 15 km. Po prawej stronie zaś słynna góra Ararat, a przed nami pusta droga. Tak zaczęła się nasza autostopowa przygoda szlakami wschodniej Anatolii. 

W dwa tygodnie pokonaliśmy trasę od Iğdır przez Doğubeyazit, jadąc drogami tureckiego Kurdystanu i ośnieżoną przełęczą, dalej terenami zajętymi przez żandarmerię. Potem już wzdłuż jeziora Van i pod granicę syryjską do Mardin. Stamtąd z kolei do Diyarbakir i dalej aż do Gaziantepu. To jednak jedynie ogólny plan. Jak wyglądały szczegóły?

Marta Burza, najmniejsze lotnisko jakie widziałam

fot. Marta Burza, najmniejsze lotnisko jakie widziałam

Wilki was zjedzą

Do Iğdır przylecieliśmy tanim lotem ze Stambułu, w którym wtedy mieszkałam. Po lądowaniu powitało nas najmniejsze lotnisko na jakim byłam – bagaż dostaliśmy jeszcze przy samolocie, kilka minut po opuszczeniu maszyny i… wyszliśmy na miasto. Od razu kierowaliśmy się na Doğubeyazit, bazę wypadowa na Ararat – najwyższy szczyt Turcji liczący sobie 5137 m n.p.m. Tak, ten Ararat, na którym według Biblii miała osiąść Arka Noego, którą notabene napotkany przewodnik chciał nam pokazać za, zgadnijcie, 50 lir.

Na szczyt teoretycznie można wejść po wcześniejszym otrzymaniu pozwolenia. W praktyce  zdania są podzielone – to w końcu teren na styku granic – Turcji, Armenii i Iranu, co powoduje spięcia na podłożu politycznym. Ta kwestia jest jednak oddzielną, długą historią. Chętnych odsyłam do źródeł, tymczasem jak podróżować po Kurdystanie w praktyce?

Dość ciężko było się wydostać z Doğubeyazit. Trudność polegała na tym, że okoliczni sprzedawcy zauważywszy nasze próby, ustawili się pół metra za nami i próbowali nam pomóc w łapaniu „stopa”, co wyglądało jak uliczna trupa aktorska.

Wszyscy kierowcy, którzy zgodzili się nas podwieźć, jak mantrę powtarzali dwie rzeczy. Po pierwsze, że nikt nas tu autostopem nie zabierze, więc szkoda czasu na próbowanie, a po drugie, że w końcu na którejś drodze zjedzą nas wilki. Wzięliśmy to za dobry żart. Dopiero później okazało się, że tereny wokół Mardin faktycznie są domem dla watahy wilków i lepiej mimo wszystko uważać.

fot. Marta Burza, Uniwersytet w Mardin, charakterystyczna architektura

fot. Marta Burza, Uniwersytet w Mardin, charakterystyczna architektura

Kurdyjskie podziemie

Mardin zachwyca, a przynajmniej górna, stara część miasta. Architektura to charakterystyczne, wapienne zabudowania w jasnym kolorze ułożone kaskadowo. Można bez końca przemierzać wąskie labirynty uliczek, zaglądać w zaułki, spoglądać na minarety, co jakiś czas robiąc przerwę na turecki ćay. Mieszkańcy bardzo podkreślają to, że jesteśmy w Kurdystanie, a nie w Turcji. Przyjaźnie sugerują, żeby brać pod uwagę ich odrębność, czemu trudno się dziwić – przez długi czas próbowano ich tożsamość wyciszyć, zakazywano używania własnego języka na rzecz tureckiego, pozamykano kurdyjskie szkoły… Warto o tym pamiętać, a mieszkańcy na pewno inaczej spojrzą na przyjezdnego, który jest tego świadomy i szanuje historię miejsca, które odwiedza. W Mardin jest kilka miejsc, które stanowią swego rodzaju kurdyjskie podziemie – ukryte kawiarnie literackie, gdzie odbywają się spotkania studentów – to jedno z niewielu miast w Turcji, które ma na swojej uczelni możliwość studiowania języka kurdyjskiego. Drugie, niższe Mardin to po prostu nowoczesne centrum i moim zdaniem, zwyczajnie szkoda na nie czasu.

fot. Marta Burza, ośnieżone drogi nad którymi czuwa żandarmeria

fot. Marta Burza, ośnieżone drogi nad którymi czuwa żandarmeria

Opowieści Dengbeżów

Do Diyarbakır docieramy dość późno, bo po godzinie 21. Życie tak późnym wieczorem w zasadzie już zamarło. Jeśli słuchaliście uważnie w szkole na lekcji historii, to na pewno kojarzycie Żyzny Półksiężyc, rzeki Tygrys i Eufrat…  Diyarbakır leży właśnie nad słynnym Tygrysem. Historyczne centrum otoczone jest murami miejskimi. Mówi się, że nie jest tam zbyt bezpiecznie, ja jednak tego nie odczułam. To, co urzekło mnie najbardziej, oprócz rzecz jasna meczetów i zabytków, to dom Dengbeżów, czyli bajarzy. Trafiliśmy na czas opowieści. Mój turecki nie zdał się na zbyt wiele, jednak to, jak kilku mężczyzn przez kilkadziesiąt minut potrafi intonować historię ku uciesze widowni, jest niesamowite.  Zresztą chętni mogą sięgnąć po ,,Opowieści Dengbeżów. Baśnie i bajki kurdyjskie” dostępne w bibliotekach, żeby przekonać się, o czym być może śpiewał tamtego dnia bajarz z Diyarbakır.

Do Gaziantepu dla „Cyganki”

Ostatnim miejscem, do którego dotarliśmy, był Gaziantep. Duże, multikulturowe miasto, zupełnie inne niż te, w których wcześniej byliśmy. Można by rozpisywać się o historii, ulicach, ludziach i napisać zarówno o tym mieście, jak i całej wyprawie, spory esej, ale dwie rzeczy, które zapamiętałam z Gazientepu, to pyszna baklava i muzeum mozaiek ze słynną „Cyganką” o przenikliwych oczach. Polecam!

Jechać czy nie jechać?

Mimo ostrzeżeń wszystkich kierowców i napotkanych na miejscu osób, autostop w tureckim Kurdystanie działał zadziwiająco dobrze. Kilka razy zabrała nas „osobówka”, a poza tym kierowcy ciężarówek. Czułam się o wiele bezpieczniej niż w wielu europejskich krajach, ale to był czas, kiedy w Kurdystanie tureckim panował względny spokój. To niestety nie jest normą. Podstawą, jeśli wybieracie się w te rejony, jest śledzenie sytuacji i ocena bezpieczeństwa w danym momencie. Jeśli warunki pozwolą na podróż – bądźcie pewni, że Kurdowie zrobią wszystko, żeby pokazać wam swój region z jak najlepszej strony.

 

 

✈️ 🇺🇸
Wyjazd do USA