Pamir. Dzika autostrada w królestwie gór

Artykuły

  • Tekst: Jakub Mirowski

  • Data publikacji:
    • Poznaj autora

      Magister filologii tureckiej, domorosły dziennikarz i autostopowicz zafascynowany Bliskim Wschodem, Azją Centralną i wschodnią Europą. W trakcie ostatnich ośmiu lat spędził miesiąc w Kazachstanie, Kirgistanie i Tadżykistanie, a także odbył dwie samotne autostopowe wyprawy do tureckiego Kurdystanu. Jego wielkim marzeniem jest zobaczenie resztek Jeziora Aralskiego w Uzbekistanie.

Samochody przejeżdżają tu rzadziej niż raz na godzinę. Stoimy kilkadziesiąt minut w żarzącym słońcu, na poboczu szutrowej drogi biegnącej w stronę widocznego jak na dłoni pasma ośnieżonych szczytów. Tyle wystarczy, by uświadomić sobie, że nazwa „Pamirska Autostrada” została nadana nieco na wyrost.

Większość trasy ciągnie się przez tereny wysokogórskie, ale roślinność potrafi rosnąć tutaj wyjątkowo bujnie. / źródło: Sławomir Dzido.

Większość trasy ciągnie się przez tereny wysokogórskie, ale roślinność potrafi rosnąć tutaj wyjątkowo bujnie. / źródło: Sławomir Dzido.

Z dala od świata

Droga zaczyna się w Osz – drugim najludniejszym mieście Kirgistanu – i niemal od razu zaczyna wić się serpentynami, przeciskać przełęczami położonymi na ponad trzech tysiącach metrów nad poziomem morza. Prowadzi do osad złożonych z kilkunastu ubogo wyglądających chat. Już tutaj kierowców jest niewielu, choć to zaledwie przedsionek prawdziwego Pamiru. W ten na dobre wjeżdżamy dopiero po skręceniu na południe w stronę granicy z Tadżykistanem, tuż za wioską Sary-Tash, będącą ostatnim przyczółkiem cywilizacji na najbliższe kilka godzin.

Znad jeziora Kara-kul można dostrzec jeden z najwyższych szczytów Pamiru, Pik Lenina. / Zdjęcie: Sławomir Dzido.

Znad jeziora Kara-kul można dostrzec jeden z najwyższych szczytów Pamiru, Pik Lenina. / Zdjęcie: Sławomir Dzido.

W królestwie gór

Można jechać tą trasą aż do miasteczka Murgob przez pół dnia (to niecałe 250 kilometrów, ale prowadzące przez niezliczone strome podjazdy) i zobaczyć na niej ledwie kilka osób. Śladów obecności ludzi niemal nie widać. Posterunek pograniczników na kirgisko‑tadżyckiej granicy to porzucony na pustkowiu budynek. Towarzyszy mu tylko ustawiony w pobliżu znak głoszący: „Wita was naród Górskiego Badachszanu”. Pojedyncze chaty przy jeziorze Kara-kul zdają się rozlatywać w oczach. Stojące wzdłuż drogi ogrodzenia z drutem kolczastym (niedaleko zaczynają się Chiny) wyglądają niedorzecznie, bo dookoła są tylko kamienie i pokryte śniegiem szczyty sześcio- i siedmiotysięczników.

Rządy dzikiej przyrody

W Pamirze rządzą góry i są to rządy twardej ręki. Autostrada prowadzi przez przełęcze sięgające 4655 metrów – ledwie 50 metrów niżej niż najwyższy punkt Szosy Karakorumskiej – czasem nad skrajem przepaści, czasem przy brzegu rwącej rzeki. Strumienie przecinające trasę okresowo wzbierają. Wówczas kierowcy zanurzają w nich całe podwozie i trzymają kciuki, by samochód nie odmówił posłuszeństwa i nie zablokował ruchu. Droga jest kamienista, co rusz wjeżdża się na stromizny lub zjeżdża z góry, więc pokonanie całego traktu, który kończy się dopiero w stołecznym Duszanbe (1250 kilometrów!), to zadanie na parę dni.

Nie sposób zgadnąć, kto i kiedy przerzucił te prowizoryczne mosty, i jeśli chce się przez nie przejść – lepiej o tym nie myśleć. / Zdjęcie: Sławomir Dzido.

Nie sposób zgadnąć, kto i kiedy przerzucił te prowizoryczne mosty, i jeśli chce się przez nie przejść – lepiej o tym nie myśleć. / Zdjęcie: Sławomir Dzido.

Poza czasem

Niemal całość Pamirskiej Autostrady leży w granicach Górskobadachszańskiego Wilajetu Autonomicznego. To ubogi region, jakby zatrzymany gdzieś w połowie ubiegłego wieku. Zajmuje prawie połowę Tadżykistanu, ale jest domem dla zaledwie 2,5 proc. ludności kraju. Miejscowości na trasie rozrzucone są co kilkadziesiąt, kilkaset kilometrów i żyje w nich niewiele osób. Pamirczycy w większości mieszkają w kiszłakach, czyli osadach, które trudno nawet nazwać wsiami. Poza nimi ludzką ręką zbudowano tam jedynie linie energetyczne i drewniane mosty nad rwącymi rzekami, trzymające się na paru linach i słowie honoru. Wieści o dekomunizacji najwidoczniej jeszcze tutaj nie dotarły. W miasteczkach na piedestałach stoi kilku Leninów, z portretu na drzwiach jaskrawoczerwonej ciężarówki spogląda z kolei Józef Stalin.

Nieujarzmione piękno

Trudno nie poczuć na tej trasie pewnego niepokoju, związanego z przejściem w świat trzymany w szachu przez żywioł gór. Od razu po przekroczeniu granicy kirgisko-tadżyckiej chmury schodzą tak nisko, że nieomal spadają nam na głowę. Rzeki, obok których prowadzi autostrada, są narowiste – przylegają do niemalże pionowych ścian i zmuszają kierowców do jazdy tuż nad przepaścią. Zdarzają się jednak i spokojne momenty, kiedy można podziwiać niezwykłą naturę Pamiru – wodospady drążące w zboczach gór, mieniące się na fioletowo kamienie, ośnieżone korony szczytów.

Zielone ogrody wiją się nad rzeką Pandż, skąd kamieniem można dorzucić do Afganistanu. Jezioro Kara-kul oświetlone jest tak, jakby tylko na jego potrzebę ustąpiły chmury i przestał smagać wiatr. Błękitne wody strumieni szaleją między ostrymi skałami i ciągną się kilometrami przez równiny przypominające pustynię. Czasem na horyzoncie pojawi się pojedyncza jurta lub przeganiający stada pasterz. Pamir jest srogi, niebezpieczny, niedostępny, ale w jego surowości kryje się nadal nieujarzmione piękno.

✈️ 🇺🇸
Wyjazd do USA