Inspiracje

Perła Pustyni – autostopem do Timbuktu

Powietrze było świeże i rześkie po całonocnej burzy, zwiastującej koniec pory suchej. Słońce jeszcze nie zdążyło wysuszyć gigantycznych kałuż. Spieczona ziemia nie mogła przyjąć więcej wilgoci. Douentza, niewielkie miasto w Mali, leniwie budziło się do życia po hucznym świętowaniu pierwszej ulewy. Czajnik śpiewał na ognisku, wokół którego na kawę czekali kierowcy ciężarówek.

Zabytki w Timbuktu, Mali, fot. B. Kiraga
Sprzedawcy dywanów w Timbuktu, fot. B. Kiraga
Rzeka Niger, fot. Claire Tardy
Timbuktu 1858, M. Bernatz

Konwoje humanitarne rozpadających się wraków wyładowanych po brzegi sorgo opuszczały miasteczko raz na tydzień, wioząc pomoc dla zniszczonego wojną Timbuktu. Najlepsza droga łącząca Mali ze starożytnym miastem była nieprzejezdna z powodu uszkodzeń, jakich dokonali terroryści z Al Kaidy Islamskiego Magrebu (AQIM). Pozostawał tylko stary szlak karawan tnący pustynię z północy na południe. Ostatnie, czego chce kierowca na tak trudnej trasie, to pasażer na gapę. Tymczasem ja musiałem się na te ciężarówki dostać za wszelką cenę.

 

Lekarz na wagę złota

Szedłem w stronę ogniska, gdy podbiegła doń grupa dzieciaków, wrzeszcząca wniebogłosy, budząc wesołość obserwujących ich kierowców. W pewnym momencie ich uwaga skupiła się na mnie. „Tubabu, Tubabu!” (czyli „biały”) krzyczały maluchy i zaczęły typową dla siebie zabawę polegającą na podszczypywaniu przybysza i ucieczce za najbliższego kolegę. Jedno z dzieci miało potworną, jątrzącą się ranę na kolanie. Złapałem je za ramię i usadziłem.

Maluch mówił tylko w jakimś lokalnym dialekcie, więc wykorzystałem jako tłumacza najbliższego kierowcę. Wyciągnąłem z plecaka wyładowaną po brzegi apteczkę, oczyściłem ranę wacikiem, zalałem ją octaniseptem i zabandażowałem najlepiej jak umiałem. Czyli niezbyt dobrze. Poprosiłem mojego tymczasowego tłumacza, żeby wyjaśnił dziecku, że musi zmieniać opatrunek na nodze co kilka dni. W tym momencie zobaczyłem, że wygrałem bilet pierwszej klasy do Timbuktu. Wianuszek kierowców wybałuszonymi oczami przypatrywał się apteczce i moim wysiłkom. Droga przez pustynię nie jest łatwa, rebelianci wciąż grasują w znacznej części kraju. O wypadek nietrudno, więc medyk jest na wagę złota.

W drogę!

– Co tutaj właściwie robisz? – spytał mnie jeden z nich.

– Próbuję dostać się do Timbuktu, ale nie mam pojęcia jak…

Pięć minut później siedziałem na górze worków z sorgo i czekałem na odjazd. Mapa pokazywała, że do Timbuktu jest około dwustu kilometrów, szykowała się więc krótka i przyjemna przejażdżka.

Razem ze mną na pace wylądował Baber – wracający po operacji w stolicy pięćdziesięciokilkuletni agronom. Szczupły, wysoki, energiczny mężczyzna zagaił rozmowę posługując się płynnym angielskim. Wykształcony w Kanadzie, wrócił do swojego kraju, żeby wykorzystywać zdobyte umiejętności dla dobra swojego ukochanego miasta. Dla Perły Pustyni – Timbuktu.

Ruszyliśmy. Wiatr szumiał we włosach przyjemnie chłodząc ciało. Ściągnąłem koszulkę i napawałem się widokami rodem ze zdjęć National Geographic. Ogromne formacje skalne pionowo strzelały z zieleniącej się sawanny.

Wieki przepraw przez pustynię

– Lepiej coś na siebie załóż, bo się przegrzejesz – rzucił zawinięty w błękitny burnus Baber, przekrzykując ryk silnika. Oczywiście nie posłuchałem, przecież wiatr dawał poczucie chłodu, a trasa miała liczyć tylko dwieście kilometrów. Mieliśmy dobre tempo, nic nie mogło pójść źle. Tymczasem sawanna coraz bardziej pustynniała, droga zaczynała znikać pod piaskiem a nasza prędkość zmniejszyła się do powolnego posuwania się naprzód. Samochody raz po raz grzęzły w piachu, a mi słońce zaczynało gotować mózg.

Tymczasem jeszcze dwieście lat wcześniej tą samą trasę pokonywali pieszo czarni niewolnicy, łapani i pędzeni do Timbuktu, skąd karawany wyruszały z nimi na rynki państw arabskich. Historycy oceniają, że podczas tych marszów śmierci zginęło nawet milion ludzi. Ludzi, o których nikt już dzisiaj nie pamięta. Kiedy na początku XIX wieku pierwsi Europejczycy trafili przez Saharę do Timbuktu kości zmarłych z wycieńczenia niewolników znaczyły każdy kilometr drogi do Algierii.

Dalej przez Niger

Wieczór złapał nas na pustyni. Ciężarówki ustawiły się w obronny krąg, kierowcy wyciągnęli jedzenie, rozpalili ognisko i zaczęła się piękna, afrykańska noc. Gwiazdy zdawały się być na wyciągnięcie ręki, meteoryty raz po raz przemykały po bezchmurnym niebie. Baber opowiadał mi o swoim studenckim życiu w Kanadzie, ja z kolei o tym, jak studenci bawią się w Krakowie.

Następnego dnia jeszcze przed południem dotarliśmy do przeprawy promowej na Nigrze. Wypalone resztki starego promu woda wyrzuciła na brzeg. Mimo niskiego stanu wody udało się spławić „nową”, na oko 50-letnią jednostkę, i po krótkiej żegludze byliśmy już na północnym brzegu rzeki. Po obu stronach Nigru tętniło życie. Dziesiątki piróg przypływały i odpływały, zabierając pasażerów oraz towary i transportując je między wioskami ciągnącymi się aż po Ocean Atlantycki, ponad dwa tysiące kilometrów dalej. W tym miejscu Niger sięgał daleko na północ, wrzynając się w Saharę i dostarczając wody do Timbuktu.

Wszystko, czego potrzeba

Z Baberem dogadywaliśmy się bardzo dobrze. Nie chciał nawet słyszeć, że mógłbym się zatrzymać gdziekolwiek indziej niż u niego. Po wjechaniu do miasta zawinął się burnusem jeszcze szczelniej niż zwykle.

– Nie chcę żeby mnie ktoś rozpoznał, muszę dziś odpocząć po drodze – stwierdził.

Faktycznie wyglądaliśmy – zwłaszcza ja – potwornie. Oblepieni kurzem, spaleni słońcem, bez prysznica od kilku dni, chcieliśmy tylko odpocząć. I wszystko poszłoby zgodnie z planem, gdyby nie dzieciaki, które rzuciły się na Babera i poinformowały całe miasto o jego przybyciu.

Z odpoczynku nic nie wyszło, zaczęło się fetowanie powrotu mojego znajomego, który, co już wiedziałem, był w Timbuktu nie byle kim. Dlatego tak bardzo zszokował mnie jego dom. Była to chata z gliny, bez dostępu do wody i prądu, z kilkoma meblami i telewizorem służącym za półkę. Oczywiście, większa część domostw w Timbuktu wygląda właśnie tak. Byłem jednak szczerze przekonany, że tak wykształcony i znany człowiek jak Baber mieszka w czymś bardziej okazałym.

– Ale masz minę – zaśmiał się Baber i dodał – Wiem co myślisz, ale mi tu naprawdę nie potrzeba niczego więcej do szczęścia. Wodę przynoszę z kranu na ulicy, prąd nie jest mi potrzebny, a otaczają mnie tu sami przyjaciele. Zresztą sam zobaczysz.

Miał rację.

Zabawa w strzelanie

Babera zna w Timbuktu każdy, za darmo uczy dzieci angielskiego, francuskiego, matematyki, historii i Allah jeden wie czego jeszcze. Pracuje dla dobra całego miasta, wchodzi gdzie chce i kiedy chce, wszędzie jest witany z radością. Podobnie jak jego goście. Znajomość z Baberem i jego uczniami otwierała mi każde drzwi do których zapukałem, a rano przed jego domem zbierały się masy dzieciaków łaknących wiedzy i zabaw z przybyszem z dalekiego kraju. Dzieci były niesamowite – ośmio- czy jedenastolatki ogrywały mnie w piłkę nożną na bosaka, w karty przegrywałem jakbym miał szczęście w miłości, a grać w gumę nawet nie próbowałem. Jedynie w grze w „łapki”, którą przywiozłem do Timbuktu, miałem początkowo przewagę, dopóki dzieciaki nie nauczyły się ze mną wygrywać.

Biła od nich niesamowita wewnętrzna siła i radość mimo, że przez ostatnie dziesięć miesięcy żyły pod srogim reżimem dżihadystów. Ukochana piłka nożna była zakazana, dziewczynki wyrzucono ze szkół, a niektóre z nich straciły rodziców. Jednak nawet w takich warunkach moich małych przyjaciół nie opuszczał humor, ich ulubionym zajęciem stało się straszenie islamistów poprzez pękanie plastikowych albo papierowych torebek. Przerażeni bojownicy AQIM nieraz po takim „strzale” uciekali do najbliższego posterunku. Kochane dzieciaki.

Blask dawnego imperium

Poza zabawami z małymi timbuktyńczykami i wieczornymi kolacjami włóczyłem się po ulicach sennego miasta i podziwiałem XIV-wieczne meczety i medresy. Budowane przez Manse Musę, władcę imperium Mali i najbogatszego człowieka w historii świata, mimo upływu siedmiuset lat wciąż robią niesamowite wrażenie. Nic dziwnego – w końcu dokoła Timbuktu rozciągają się tylko niewielkie wioski złożone z kilku chat, a Timbuktu to miasto z prawdziwego zdarzenia.

Władca z pewnością miał rozmach – gdy Musa odbywał pielgrzymkę do Mekki, wyruszył na nią z sześćdziesięciotysięcznym orszakiem dworzan i niewolników. 60 tysięcy. To średniej wielkości miasteczko wędrujące przez największą pustynię świata. Miasteczko, obładowane złotem. Kronikarze w Kairze, przez który przechodziła ta gigantyczna karawana, zapisali, że blask bogactw zaćmił nawet afrykańskie słońce, a wydawane przez Malijczyków pieniądze na kilka dekad spowodowały inflację i zawirowania na rynku monetarnym całego basenu Morza Śródziemnego!

Schyłek potęgi

Dzisiejsze Timbuktu jest już tylko cieniem metropolii, w której uniwersytety fundował Musa, a które dzięki nim stało się centrum islamu na południe od Sahary i kwitło aż do XVII wieku, czerpiąc niebotyczne zyski z handlu solą, niewolnikami, złotem i kością słoniową. W XVII w. rozpoczął się schyłek miasta i mimo, że karawany ściągały doń jeszcze w XX w., to handel przeniósł się nad morze, a Timbuktu zaczął przysypywać pył, który grubą warstwą zalega na ulicach starożytnego miasta.

 

Podróże szyte na miarę do Mali. Zorganizujemy to za Ciebie! 

 

✈️ 🇺🇸
Wyjazd do USA